Archiwum Tygodnika NIE

Czarna oberża

Numer: 16/1999
Autor: Renata Łuczyńska
Strona: 6
Mielcem nieoficjalnie rządzi Chochół. Biznesmen. Miłośnik koni i pięknych kobiet. Na co dzień ksiądz. Proboszcz z parafii Trześń.

Nikt jego władzy nie kwestionował do czasu, kiedy okolicę obiegła informacja o tragicznej śmierci policjanta na plebanii. Wkrótce na przystankach w Trześni pojawiły się napisy czym prędzej przykrywane farbą: "Chochół winny śmierci policjanta", "Chochół jebak". W obieg poszły antyproboszczowe ulotki: Ksiądz Chochół upijał i upija wielu zaproszonych na co dzień gości. Libacje trwają tu na okrągły rok nie pomijając Wielkiego Postu. Dziwimy się, że parafię Trześń stać na utrzymanie wszystkich jego kochanek i jego dzieci. Ksiądz Chochół (...) mówi, że się nikogo nie boi i wszystkie władze ma pod sobą...

siądz Chochół przyszedł do Trześni na wiosnę 1982 r. Pobudował kościół, plebanię, budynki gospodarcze. Przy kościele założył ranczo. Miejscowi nazwali je ZOO, bo hoduje w nim konie, dziką zwierzynę, ozdobne ptactwo. Dorobił się kilku samochodów. Także gosposi i ostrych psów do pilnowania
dobytku.
Uchodzi za najbogatszego w mieleckim powiecie. Smykałkę do wysysania pieniędzy ma jak mało kto. Zarządził na przykład, aby wszystkie rodziny z parafii, w których pracuje chociaż jedna osoba
na państwowym albo u prywaciarza, raz w miesiącu składały hojniejsze ofiary. Od dwudziestu złotych w górę. Tak samo emeryci i renciści. Wszystkie wpłaty i zaległości wpisuje do specjalnej księgi. Na jej podstawie ocenia gorliwość katolików. Co roku chodzi z nią po kolędzie. Ściąga należności ze swoich owieczek niczym komornik. Straszy, że jak ludzie pieniędzy w ofierze nie złożą, nie ochrzci, ślubu nie da. Po śmierci futerału nie skropi, a jak zechce, to i na cmentarzu trupa położyć zabroni.
Jednego roku wyprowadził gospodarzowi byka z obory, bo mało przy kościele robił. Cztery metry ważył, miał iść na chów. Poszedł do księdza na kotlety. Emerytce Emilii, co chłopa ma chorego, rzucił Chochół na płot worki. Na ziarno dla koni.
­ Milka, wsypuj zboże ­ krzyczał.
­ Księże proboszczu, nie mam. Sama kupuję.
­ Milka syp, bo ci chłop z katafalku spadnie ­ ryczał na pół wsi.
Wystraszona kobieta tak napełniła worki, że ledwo je do samochodu wciągnął.
Chochół zarządza parafią sam. Miał kiedyś do pomocy wikarego, ale go wygryzł. Nie dopuszczał do mszy. Nie dawał tacowego. Zamykał starego przed ludźmi. Zdarzyło się, że rodzina przyjechała po księdza do chorego. Proboszcz bawił akurat w mieście, a pomocnik siedział zamknięty na plebanii. Chciał wyskoczyć przez okno, ale miejscowi odwiedli go od tego pomysłu. Chłop zmarł w grzechu nie natarty świętymi olejami, a wikary przed śmiercią głodową uciekł z parafii.
Do niedawna proboszcz miał jeszcze tartak. Teraz wszedł w nowy, zdecydowanie mniej upierdliwy, biznes. Sfotografował figurkę panienki fatimskiej, co stoi na ołtarzu kościoła w Trześni. Zdjęcie oprawił w ramki. Święte obrazki rozwiózł po wsiach. Za czterdzieści złotych od sztuki.

łabości do kobiet proboszcz nigdy nie krył. Co ładniejszą za cycuszka złapie, pogłaszcze po udzie, podszczypie. Jak tylko nastał, zwolnił starą gosposię, żeby mu "w gary nie pluła". Przyjął młodą. Krawcową. Ludzie mówią, że zazdrosna o księdza była jak o męża. Gdy wieczorami zaczął wypadać na kobiety, a parafianie dzwonili na plebanię, mówiła, że proboszcz jest u kochanki. Podawała telefon. Gosposia czasem sypiała u Chochoła. Potem wydała się za górala, co przy budowie kościoła pracował. Wyjechała. Gdy powiła dzieciaka, ślubny wygonił ją z domu. Wyliczył, że bachor w żaden sposób nie może być jego. Chciała wrócić do księdza, ale i ten ją pogonił.
Proboszcz od dawna opiekował się Marzeną. Najpierw wyprawił jej chłopa do Ameryki na zarobek, a potem przejął jego obowiązki. Rodzice Marzeny byli dumni, że ksiądz przyjeżdża do ich córki. Gdy wielebny budował kościół i plebanię, przy okazji postawił Marzenie chałupę. Do dzisiaj ludzie pamiętają, jak nadzorował budowę, jak płacił robotnikom. Gdy Marzena zaciążyła, był na każde gwizdnięcie. Przyjeżdżał kilka razy dziennie. Tak jest do dzisiaj.
ięć lat temu Chochół rozbudował plebanię. Dostawił skrzydło budynku przeznaczone na salon dla gości. Od kiedy nastał, zawsze bawiły u niego wpływowe persony. Miejscowe elity. Urzędnicy, stróże porządku i prawa, politycy. Przyjeżdżali po rady, robili różne interesy. Pod jego dachem zapadały decyzje dużego formatu. Odbywały się imprezy towarzyskie, narady, libacje. Zwłaszcza z tych ostatnich wielebny znany jest w okolicy.
Pierwszego marca na plebanię przyjechała policja. Radiowozem. Naczelnik
M. Polek z drogówki, oficer dyżurny
Z. Gawron i ich kierowca. Po poparcie dla Polka, który starał się o posadę komendanta powiatowego w Mielcu. Chochół znał dobrze miejscowego starostę i mógł policjantowi awans załatwić.
Tego dnia naczelnik był na służbie. Oficer Gawron miał wolne. Na plebanię dotarli po kilku lufach. Najpierw w sklepie dali w gaz. Dopili się u proboszcza. Szefa drogówki gorzała zwaliła z nóg. Jak meldują gliniarze, głowy do picia to on nigdy nie miał. Już po dwóch piwach chodził na wysokości lamperii. Zawsze pierwszy padał na pysk.
Tym razem było podobnie. Kandydat na komendanta nie mógł o własnych siłach opuścić plebanii. Schodził ze schodów w asyście. Przed nim schodek po schodku toczył się Gawron. Nagle Gawron odfrunął. Z hukiem wylądował na betonowej posadzce łamiąc kości czaszki i kręgosłupa. Spadł, bo schody nie miały balustrad.
Na miejsce wypadku karetki nie wezwano, bo sprawa nie mogła nabrać rozgłosu. Wszak nieszczęście stało się w proboszczowej willi. Po pijaku. Gawronowi pierwszej pomocy nie udzielono. Poturbowanego odholowano na oddział chirurgiczny w Mielcu. Radiowozem. Stamtąd policjant trafił do Szpitala Wojewódzkiego w Rzeszowie. Następnego dnia zmarł. Zostawił żonę i dwójkę dzieci.

araz po wypadku Chochół zamontował na plebanii poręcze. Dzień po tragedii policja wysłała na miejsce zdarzenia ekipę dochodzeniowo-śledczą, która miała dokonać oględzin, ustalić
przyczyny wypadku, zabezpieczyć ślady. Wyjaśnieniem okoliczności zdarzenia zajęła się mielecka prokuratura. Dochodzenie umorzyła. Nie stwierdziła żadnych znamion przestępstwa, w końcu upić się i upadać każdemu wszędzie wolno.
Mieszkańcy Trześni decyzję prokuratury potraktowali jak wyzwanie: ­ Kiedyś walczyliśmy z komuną, teraz musimy walczyć z księżmi ­ mówią.
Ciekawe, czy w tej walce wykorzystają doświadczenie "Solidarności š80" ­ przeprowadzą strajk okupacyjny na plebanii, zbojkotują ofiarę na tacę i cennik Chochołowych usług albo wywiozą proboszcza ze wsi na taczkach.
RENATA ŁUCZYŃSKA